Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
ARchiwum sklep
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Wspomnienia i relacje

Hit  Wyprawa Chocz - Solec 06-09 sierpnia 1999 r. cz.II

Autor: Krzysztof Gembalski
Temat: Gdzie i co łowić?
Data:17.10.01 10:13
Czytano:9318

DZIEŃ DRUGI
07 sierpienia 1999 r.


Z błogich objęć Morfeusza wyrwał nas świergot ptaków i okrzyki budzącej się do życia przyrody. Śniadanie było szybkie w postaci herbaty i lekkostrawnego posiłku. Na śniadanie zawitał do nas niespodziewany gość - młody jelonek, który niewątpliwie był tu bardziej u siebie, niż my, na tej skarpie. Próbował nas o tym przekonać swoim głośnym szczekaniem. Niestety nie udało nam się uwiecznić go na fotografii. Uciekł, gdy tylko sięgnąłem po aparat. Nie opuścił nas jednak na długo i co jakiś czas powracał, przyglądając się naszym poczynaniom z bezpiecznej odległości.


Zwijanie skromnego obozu zajęło nam kilka chwil. Pozostało tylko zalać wodą przygasające ognisko, usunąć wszelkie ślady naszej bytności w tym uroczym zakątku i już. Teraz już można było poświęcić godzinkę na poranne wędkowanie. Efekty naszych poczynań nie były oszałamiające, lecz tych kilka okoni skaczących spod korzeni i zwalonych do wody drzew, to była ?czysta poezja spinningu?. Wystarczyło. Mieliśmy satysfakcję. Nawet nie żal nam było ładnego (jak na tę rzeczkę) szczupaka, który pokazał Darkowi ogon. Czas naszego połowu szybko minął, zwinęliśmy sprzęt i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Ruszyliśmy z naładowanymi akumulatorami, z nowymi siłami, chcąc chłonąć otaczającą nas przyrodę dosłownie całym ciałem. Maszerując ścierniskami, czuliśmy otaczający nas zapach dopiero co skoszonego zboża. Zrobiło się gorąco. Upał doskwierał. Idąc wśród pól, główkowaliśmy, gdzie by tu można było uzupełnić zapasy pitnej wody, której zasoby błyskawicznie kurczyły się podczas marszu w upale. Nawiasem mówiąc, nie mam pojęcia, jak z pragnieniem poradził sobie Pałkiewicz przemierzając Saharę? Wreszcie doszliśmy do zabudowań wiejskich, gdzie mogliśmy napełnić zbiorniki. Zostaliśmy tam bardzo serdecznie przyjęci przez panią Janinę Graczyk i jej rodzinę. Nie dość, że zaczerpnęliśmy tam wody, to jeszcze dostaliśmy do spróbowania przepysznego, orzeźwiającego jagodowego soku, a także dwie butelki wody mineralnej. Ogromna spontaniczność i bezinteresowność tych ludzi zachwyciła mnie ogromnie. Była czymś niespotykanym w dzisiejszym świecie. Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Nasz krótki postój w Lisewie, który zrobiliśmy w celu wzbogacenia naszych zapasów, wzbudził ogromne zdziwienie. Zaskoczył okolicznych mieszkańców. I tak było dalej, niemal w każdej mijanej przez nas wiosce. Zapewne nasz strój w znacznym stopniu się do tego przyczynił. Wyobraźcie sobie nasze ogromniaste plecaki z przytroczonymi śpiworami, pałatkami, saperką, niewielką zielona miską i kratką, służącą nam do gotowania. Nasz wygląd szokował zarówno nieprzywykłe do takich widoków wiejskie dzieci, jak i ich nie mniej zdziwionych rodziców, którzy to na nasz widok szeroko otwierali oczy. Ich usta przypominały wtedy karpia, wyciągniętego z wody, próbującego bezskutecznie nabrać powietrza. Cudaki, istne cudaki. W kapeluszach z dużym rondem, w ciemnych polaroidach, które doskonale chroniły nasze oczy przed silnymi promieniami południowego słońca. Na szyi każdego z nas wisiał ręcznik, którym przecieraliśmy sobie co chwilę strudzone czoła. Nie, to nie był zwyczajny strój. A do tego jeszcze nasze wysokie wojskowe buty w połączeniu z krótkimi spodenkami udziwniały nasz wygląd.
Trudy dopołudniowego marszu dały nam się tak we znaki, że postanawiamy ochłodzić się w wodach naszej przewodniczki - Prosny. Kąpiel - to było to, czego nam najbardziej brakowało. Te chwile spędzone w wodzie dodały nam nowych sił na dalszą drogę. Pozwoliły także obserwować ukleje, które wytrwale i bez żadnej bojaźni, żerowały na osadach podnoszonych przez nas z dna. To był niesamowity widok: żerujące rybki niemal o krok od nas! Kąpiąc się, zauważyliśmy pana spływającego pontonem. Przez moją mózgownicę przemknęła myśl: ?a może by tak zrobić sobie taki spływ zamiast marszu?? Szybko jednak tę myśl przegnałem. ?Wędruj dalej, nie narzekaj? - mówiłem do siebie.
Po tych wodnych szaleństwach maszerowało nam się znacznie lepiej i zdawać by się nawet mogło, że teraz... unosimy się o pięć centymetrów nad ziemią. Ten czar jednak szybko prysnął. Wymęczeni palącym słońcem, przygnieceni, stłamszeni ciężarem plecaków, który rósł i rósł i stawał się większy, coraz większy z każdym krokiem, zrobiliśmy w końcu przerwę na obiad. Miejsce, które tym razem wybraliśmy, to była polana, porośnięta z rzadka wysokimi sędziwymi topolami, dającymi zbawienny tego dnia cień. Przygotowanie posiłku składającego się z jakże pożywnego ryżu i wybornego sosu z najróżniejszymi dodatkami, zajęło nam niewiele ponad pół godziny. Nareszcie mogliśmy oddać się błogiemu lenistwu, popijając pachnącą kawę, której aromat walczył w nozdrzach z aromatem soczystej, młodej trawy. Regenerując siły, przyglądamy się młodym adeptom spinningu. Przeczesywali głęboki zakręt, nad którym zatrzymaliśmy się. I stało się. Tak nie lubiany przez wszystkich spinningistów pan i władca wodnych odmętów ? zaczep - pozbawił młodego wędkarza jedynej chyba przynęty. Ot, masz. Nie pomogły żadne sposoby. Przyglądałem się tej z góry przesądzonej walce chłopca z siłami przekornej natury i zrobiło mi się go niezmiernie żal. Wyciągnąłem ze swojego pudełka obrotówkę i kilka ripperków i dałem chłopcu. Ucieszył się serdecznie, nieco zdziwiony i pobiegł dalej za zakręt, gdzie na wierzbowej witce zostawił swój połów: kilka okoni. Przez myśl mi przebiegło: ?może ten bosy chłopiec będzie kiedyś wielkim spinningistą??
Chwile odpoczynku mijają szybko - przyszedł czas by zbierać się w dalsza drogę. Po godzinnym marszu dotarliśmy do mostu w Rudzie Komorskiej. Zatrzymaliśmy się na nim chwilę, obserwując poczynania spławikowca, a także stada płoci, które uwijały się przy zalanych, falujących trawach. Przez most przejechał hałaśliwy samochód i spowodował ucieczkę obserwowanego przez nas stada pod drugi brzeg rzeki. Podziwialiśmy ryby: jak one wspaniale walczyły z rwącym w tym miejscu prądem!
Dalszą trasę postanowiliśmy pokonać idąc wałem przeciwpowodziowym na samym skraju Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego.

Nadwarciański Park Krajobrazowy

Zrobiliśmy tak, znając oczekujące nas miejsca, uwzględniając bardzo trudny dostęp do wody, nieprzetarte szlaki, a także i to, że nie tak dawno podziwialiśmy ten dziki, a przez to jakże uroczy zakątek. Poszliśmy więc wałem, mijając pola z szeroko rozpościerającym się horyzontem i dotarliśmy do znajomych łowisk. Po drodze była przerwa - krótki postój przy starorzeczu połączonym z Wartą wąskim, latem prawie całkowicie wysychającym rowkiem, który zeszłej jesieni niespodziewanie okazał się okoniowym eldorado...
Ten postój tak mnie rozleniwił, że zostawiłem tam polaroidy. Przeszliśmy już dobry kilometr, gdy stwierdziłem ich brak ? cóż, nie pozostało mi nic innego, jak zrzucić wszystko z siebie i pobiec z powrotem po nie. Straciliśmy przez to około pół godziny. Bywa, dobrze, że się znalazły. Ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się teraz wałem przeciwpowodziowym. Z prawej strony otaczał nas sosnowy las, z lewej roztaczał się widok na pola uprawne, na których ludzie krzątali się niczym mrówki, zbierając efekt swojej całorocznej pracy. Słońce chyliło już się ku zachodowi, rzucając na ziemię, jakby resztkami sił, żółte, pomarańczowe, a im bliżej wieczoru, krwistoczerwone promienie. Podróżowaliśmy, zbliżając się do miejsca naszego odpoczynku. Gdy niemal kilometr dzielił nas od promu we wsi Pogorzelica, przez moją mózgownicę nagle przebiega myśl: ?Prom kursuje tylko do 20:00. Musimy przedostać się na drugą stronę, bo po tej stronie wpada do Warty niewielka rzeczka, której sforsowanie może być utrudnione!? Nie zastanawialiśmy się długo - ostatnie metry przebyliśmy biegiem. Plecaki ciążyły, lecz gdy zostały wprawione w ruch, kołysały się, pomagając nam w biegu. Skutkiem tego marszobiegu z ?domem na plecach? były popękane odciski na moich stopach, a potem przejmujący ból, który był nie do zniesienia.
Postanowiliśmy rozbić obóz. Rozejrzeliśmy się: otwarty teren pokryty niewysoką, pożółkłą od słońca trawą, w oddali ciemny tajemniczy las na skraju którego widać białe wiejskie domki. Miejsce wydało nam się odpowiednie. Jedynym problemem było zdobycie drewna na opał.

Przy posiłku

Nic to. Szybka kolacja. Moczenie obolałych nóg i... wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to coś, coś, co najpierw mnie zaintrygowało, lecz później doprowadziło niemal do rozstroju nerwowego. KOMARY. Na początku dało się słyszeć tylko delikatne, nawet przyjemne dla ucha pobrzękiwanie. Później, w gęstniejącym mroku nocy stało się ono coraz silniejsze i natarczywsze. W końcu nastąpiło apogeum: hordy malutkich krwiożerczych komarów przystąpiły do szaleńczego ataku. Całe połacie naszych ciał pokryły te małe potwory wbijając, się w nas i sącząc krew. To było nie do zniesienia. Byłem tak zdesperowany, że zrezygnowałem z wędkowania na rzecz śpiwora. To rozwiązanie tylko połowicznie okazało się dobre, gdyż nasz namiocik okupowały już całe stada tych żyjątek, z którymi toczyliśmy zażarty bój do późnych godzin nocnych.


DZIEŃ TRZECI
08 sierpnia 1999 r.



Nocne uganianie się za komarami sprawiło, iż następnego dnia całkowicie zaspaliśmy. Wstaliśmy o ponad dwie godziny za późno, stąd też na wędkowanie nie było specjalnie czasu. Zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w drogę.
Podążyliśmy dalej przez knieje i dróżki. Słońce szybko dało o sobie znać, pragnienie stawało się coraz większe. Małymi łyczkami popijaliśmy z manierki zaparzoną jeszcze wczoraj wieczorem miętową herbatę. Gasiła pragnienie skutecznie. Maszerując tak przez nieznane nam tereny, chłonąc otaczającą nas przyrodę, staraliśmy się poznawać coraz to nowsze łowiska. Umożliwiała nam to niżówka na Warcie. Niska woda odsłaniała przed nami wiele swoich skrzętnie skrywanych tajemnic. Mam nadzieje, iż te doświadczenia zaprocentują podczas późniejszych wypraw ze spinerem w ręku.
Droga mijała nam na dyskusjach. Dotarliśmy w końcu do schowanego wśród mieszanego lasu mostu kolejowego w okolicy wsi Dębno. Jeszcze tylko kilometr i naszym oczom ukaże się prom. Tam właśnie będzie nasz kolejny postój. Dotarliśmy do promu. Do naszych uszu oprócz ptasiego ćwierkania, szumu wiatru w konarach wiekowego lasu, postukiwania dzięcioła i odgłosów zwierząt gospodarskich doleciały jakże znajome, a jakże zapomniane przez nas ostatnio głosy... radia. Te chwile spędzone na odpoczynku i słuchania miłych radiowych melodii tak nas rozleniwiły, że trudno nam się było pozbierać.
Ruszyliśmy dalej. Teren stawał się bardziej otwarty, a upał coraz bardziej dawał się nam we znaki. Przemierzaliśmy niekończące się ścierniska i łany nie skoszonego, wysuszonego na pieprz zboża, lśniącego złotożółtą barwą w promieniach południowego słońca. Zmęczeni, zdecydowaliśmy się na postój i obiadowy odpoczynek. Postanawiliśmy nie rozniecać ognia (zagrożenie przeciwpożarowe), lecz tylko posilić się na sucho. Po obiedzie zalegliśmy w cieniu wielkiej, pochylonej, wiekowej wierzby, oddając się błogiemu lenistwu. Lejący się z nieba żar skłaniał nas do wzięcia kąpieli. To nas orzeźwiło.

Bez mapy ani rusz

I znów trasa. Po dwóch godzinach dość szybkiego marszu dostrzegliśmy pośród wysokich topól rosnących nad brzegiem Warty most drogowy. Niebieski most w znaczny sposób odróżniał się od jasnozielonych liści i szarożółtych ściernisk. Był doskonałym punktem orientacyjnym. Przeszliśmy po nim na drugi brzeg. Tam, w cieniu sosnowego lasu, wypiliśmy hektolitry wody uzupełniając przy okazji jej zapasy.
W dalszej wędrówce napotkaliśmy poważną przeszkodę: zakaz wstępu do lasu. Przez dłuższą chwilę walczyły w nas różne sprzeczne uczucia, lecz chęć kontynuacji naszej podróży zwyciężyła. Byliśmy pewni, że swoim zachowaniem w żaden sposób nie będziemy zagrażać ukochanej przez nas przyrodzie. Wkroczyliśmy w las. Przemierzaliśmy kolejne kilometry - trasa prosta, wszędzie szerokie, utwardzone leśne dróżki. Dopiero za parkingiem leśnym zaczęły się "schody". Teren trudny, a przez to, że niedostępny, nie skażony jeszcze ludzką obecnością. Z lewej strony otaczały nas strome zbocza, porośnięte gęstym liściastym lasem, dochodzącym do samego brzegu. Powalone przez bobry i burze drzewa, oplecione przez różnorakie pnącza z chmielem na czele, w znaczny sposób ograniczały swobodę ruchów. Dopełnieniem tego toru przeszkód były bobrowe tunele, w które zapadaliśmy się co chwila, oraz łany dwumetrowych pokrzyw, parzących każdy odkryty skrawek ciała. Przeklinałem chwilę, w której zdecydowałem się na krótkie spodenki.
Pokonanie tego toru przeszkód kosztowało nas sporo trudu i zajęło sporo czasu. Po trzech, może czterech kilometrach zbocze poczęło łagodnieć. Las liściasty zastąpił sosnowy młodniak, który coraz bardziej odchodził od wody. umożliwiając nam swobodniejsze poruszanie. Kiedy z lasu zaczął wyłaniać się wał przeciwpowodziowy, czym prędzej skierowaliśmy się w jego stronę. Dalszą drogę pokonaliśmy wałem ? dość już mieliśmy przybrzeżnych chaszczy, a nie było drogi przy samej wodzie.

Widok na rzekę

Wędrując wzdłuż wału minęliśmy samotną chatkę, umieszczoną niemal przy samej wodzie. Zabudowania zniszczone, zbudowane z czerwonej cegły, pokryte strzechą mówiły wiele o historii tego gospodarstwa. Ogrodzone były niewielkim, przechylonym płotkiem, w którym brakowało kilka sztachetek. Do domostwa prowadziła piaszczysta, ujeżdżona przez konie i konny wóz droga. Jak ci ludzie przeżyli powódź w 1997 roku? Ustąpili, czy zwyciężyli? Gospodarstwo jakby uśpione, zapomniane, jakby bez życia. Jedynym żywym stworzeniem był stary pies, broniący dostępu swoim ochrypłym ujadaniem. Chciał nas widocznie przekonać, iż przekroczyliśmy niewidoczną granicę, której obcym przekraczać nie wolno. Szybko opuściliśmy to miejsce. Wał był naszym przewodnikiem, który to odchodził od rzeki, to znowu powracał niemal pod jej brzegi. W powietrzu czuło się zapach skoszonego siana, delikatnie drażniący nasze nozdrza.
Szliśmy dalej. Wreszcie, w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca, zobaczyliśmy konstrukcję, której wypatrywaliśmy już od dłuższego czasu. MOST. Ogromna, stalowa konstrukcja, która emanowała solidnością, chłodem i raz po raz rozbrzmiewała hukiem przejeżdżającego pociągu. Hałas zakłócił wszystkie odgłosy przyrody, które do tej pory nam towarzyszyły, a potem długo jeszcze huczał w naszych uszach. Ale nie był w stanie popsuć w niczym naszego nastroju. Mieliśmy powód do satysfakcji. Wytrwaliśmy, przeszliśmy całą trasę. Plan został w pełni zrealizowany. Byliśmy szczęśliwi. Zmęczeni, spieczeni palącym słońcem, pokryci potem i warstewką wciskającego się wszędzie kurzu, ale jakże szczęśliwi. Nasza radość była wprost nie do opisania. Jeszcze tylko metry dzieliły nas od celu: miejsca odpoczynku i łowiska.
Tego dnia kolacja przygotowana na ognisku w wojskowej menażce, smakowała niczym jakieś przednie danie w bardzo ekskluzywnej restauracji. Przyprawą decydującą był zapach ogniska, który doprawił ją jak żadna inna przyprawa. A potem wreszcie chwyciliśmy za wędki i zanim ciemna, złowroga noc ogarnęła cały otaczający nas teren, łowiliśmy na ulubionej faszynie. Jednak jedynym efektem było kilka niewielkich okoni oraz blisko pięćdziesięciocentymetrowy szczupak, złowiony przez Darka w basenie faszyny. Potem, w nocy, długo leżeliśmy na zimnej, schłodzonej, pachnącej przecudnie trawie, podziwiając na bezchmurnym niebie znane nam gwiazdozbiory. Wspominaliśmy ostatnie trzy dni. Żałowaliśmy, że to już ostatnia noc naszej podróży.

Kres podróży


drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Mój komentarz
Rafał Winsch 17.4.02 21:40
Gratuluję pomysłu na przygodę w "niezbadanych" nadwarciańskich eksteriorach i talentu literackiego, by nam opisać swoje wrażenia w sposób godny Budrewicza, chociaż jako nie tylko wędkarz, ale i myśliwy muszę zaprotestować - jelonki nie szczekają, zdarza się to natomiast zdenerwowanym kozłom (rogaczom, męskim osobnikom gatunku sarna), szczególnie, jeśli intruz narusza ich terytorium (sorry za intruza, ale kozioł tak was chyba potraktował, na pewno mu było przykro po zapozaniu się z waszym artykułem). Wodom Cześć! RaV



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Jeśli interesuje Cię wędkarstwo a w szczegolności gdy chesz pooglądać piekne Zdjęcia ryb i nie tylko ryb, odwiedź koniecznie wskazaną tu galerię. Jest co pooglądać!