Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
ARchiwum sklep
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem

Hit  Łowiska specjalne?

Autor: Andrzej Trembaczowski
Temat: Gdzie i co łowić?
Data:03.10.01 14:17
Czytano:9316

Kiedyś ziemię porastały nieprzebyte bory pełne zwierza, a rzeki i jeziora roiły się od ryb. Zagubieni wśród lasów ludzie łowili i polowali, aby żyć. Udane łowy z pewnością były także powodem do satysfakcji. Ludzi przybyło, miejsca lasów zajęły pola uprawne, obszar wód skurczył się. Życie stało się bardziej urozmaicone i bardziej skomplikowane. Ale, rzecz dziwna, żyjący w jakże odmiennym świecie człowiek, tęskni za krainą łowów. Polowanie i wędkowanie nie wynikają dziś z konieczności zaopatrzenia spiżarni - są realizacją tych tęsknot za tamtymi czasami. I, co ciekawe, choć w zmienionym przez cywilizację świecie niewiele pozostało miejsca dla dzikiej przyrody, ryby i zwierzyna łowna istnieją nadal. Paradoksalnie - właśnie dzięki myśliwym i wędkarzom.


Tęsknota za rajem utraconym wygania nas, wędkarzy, na poszukiwania dzikich ostępów, dziewiczych rzek i wielkich ryb. Szukamy miejsc niedostępnych i nieznanych. Szukamy, i nie możemy, nie chcemy przyjąć oczywistego faktu: że dziś już takich miejsc nie ma. Nie ma terenów dziewiczych, nie odkrytych. Nie ma wód, w których nikt jeszcze nie łowił. A przynajmniej nie ma ich w naszej części świata. Smutne, lecz niestety musimy pogodzić się z tym, że obszar "dzikiej" przyrody skurczył się do minimalnych rozmiarów, że ta dzikość jest czysto umowna; że właściwie ogranicza się ona do parków narodowych i rezerwatów, a zwierzyna - do ściśle chronionych gatunków albo do gatunków łownych. Ten fakt wiąże się jeszcze z jednym, z koniecznością opieki - mądrej gospodarki łowieckiej. Znają tę prawdę myśliwi, znają ją też wędkarze. Czy nie wołamy stale na zebraniach o większe zarybienia, o ochronę? Czyż nie domagamy się lepszej, sprawniejszej godpodarki na naszych wodach?
Powszechna dostępność wszystkich wód wydawała się nam, wędkarzom wspaniałym przywilejem. Skuteczna opieka nad wszystkimi wodami - czyli taka, która zapewniłaby ich powrót do przedwiecznego stanu nieprzebranej obfitości - okazuje się mitem. Powiedzmy to sobie uczciwie: dziś jest to stan sztuczny, możliwy do utrzymania tylko wielkim wysiłkiem i oczywiście za duże pieniądze.
Głód ryby, nie tej na talerzu, ale tej walczącej na wędce, jest jednak wielki. Tak wielki, że często godzimy się już na wędkowanie w sztucznym, zmienionym krajobrazie. Godzimy się też i na to, by płacić słono za taką przyjemność. Oby tylko ryb w wodzie nie brakowało. I tak powstały łowiska specjalne. Przyjmowane początkowo nieufnie, z pobłażaniem, nawet z drwiną, wpisały się trwale w naszą rzeczywistość końca lat dziewięćdziesiątych i znalazły wielu zwolenników. Spotkamy tam i początkującego, i wytrawnego wędkarza. Ten ostatni jeszcze nieraz przełamuje się wewnętrznie, usprawiedliwiając się przed znajomymi, tak, jakby takie łowienie było czymś gorszym. Narzeka na sztuczność wody, sztuczność otoczenia, narzeka - obłudnie - na nie spotykaną gdzie indziej obfitość ryby. Ale łowi, holuje, testuje sprzęt, przynęty i metody, bo ryb w tych wodach nie brakuje.
Można się spierać, czy idea łowisk komercyjnych przywędrowała do nas z krajów Zachodniej Europy, czy też po prostu wolność gospodarcza umożliwiła tą inicjatywę, dość, że taka organizacja wędkowania stała się faktem. Wciąż powstają nowe łowiska, nie sposób zliczyć wszystkich, nawet tych w najbliższym otoczeniu. Może to być jeziorko, staw, kilka stawów, nawet nieduża sadzawka. Wystarczy czysta woda, ryby i właściciel, który dba o to wszystko. Rzecz jasna, musi mieć z tego korzyść - takie są prawa rynku. Jedni żądają opłat tylko za wędkowanie, inni także za każdą zabraną z łowiska rybę. Ci pierwsi zarybiają rzadziej, ci drudzy uzupełniają ubytki dbając, by w wodzie było gęsto. Ale nawet tam, gdzie wędkarz płaci sklepową cenę, nie brak chętnych. Jednorazowa zabawa może kosztować więcej niż całoroczna składka na wody PZW i mimo to nie brak na nią amatorów!

W pobliżu Lublina jest kilka takich łowisk. Każde z nich jest inaczej zorganizowane, każde nieźle prosperujące i każde może być niezłym przykładem. Na pierwsze miejsce wysuwa się największe. Powstało przy Gospodarstwie Rybackim własności Agencji Rolnej Skarbu Państwa w Zakładzie Rybackim w Sosnowicy. Do wędkowania udostępnione są dwa stawy o łącznej powierzchni trzech ha. Wokół zieleń, piękne stare drzewa, nad brzegami ustawione ławeczki z pniaków i dyskretne kosze na śmieci. Woda czysta, bezzaczepowa. Wąski pas szuwarów i kwitnących właśnie kosaćców stwarza naturalną oprawę. W niewielkim drewnianym budyneczku mieści się kasa, na ścianie wisi regulamin łowiska. Obok stoi waga. Łowisko czynne jest od pierwszego maja do jesieni, od czternastej do zachodu słońca. W weekendy od świtu do zmierzchu. Pobliskie lasy przyciągają spragnionych ciszy. Są możliwości zakwaterowania, można więc przyjeżdżać z rodzinami.
- W roku bieżącym wpuściliśmy osiem ton karpi, z tego od początku do końca maja już zostało odłowionych około dwu ton - mówi dyrektor Armaciński. - Oprócz tego jest sporo suma, szczupaka i ryb dodatkowych, okonia, karasia, lina, amura. Kilogram karpia kosztuje osiem złotych, szczupaka - dziesięć, suma - dwanaście. Godzina łowienia - dwa i pół złotego. Wędkarz może zabrać lub wypuścić dowolną ilość ryb. Ceny można by obniżyć, ale po każdym weekendzie mamy ryby śnięte i ktoś musi za nie zapłacić. Zmniejszyć można by także opłaty za wędkowanie - cóż, plagą lat ubiegłych byli tacy wędkarze, którzy usiłowali wynosić ryby nie zapłacone. Wykorzystywali do tego kilkuletnie dzieci, sympatycznie wyglądające panienki. Stosowali nawet torby z podwójnym dnem. Dlatego na łowisku muszą być dwie osoby - kasjerka i dyżurny. Gdyby wędkujący postępowali uczciwie, wystarczyłaby jedna osoba, a koszty byłyby mniejsze. W tej sytuacji wolimy podnieść cenę i zachować ład i porządek na łowisku. A na brak klienteli nie narzekamy. Przyjeżdżają nawet z daleka i są zadowoleni - my również. Wpuściliśmy też ponad sześćdziesiąt karpi o wadze od ośmiu do dwunastu kilogramów. Uatrakcyjniają łowienie. Najczęściej ryby te po sfotografowaniu wracają z powrotem do wody. Mamy zamiar uruchomić łowisko szczupakowe, specjalnie dla spinningistów. Oprócz indywidualnych wędkarzy zgłaszają się też całe koła i organizują zawody. Przyjeżdżają grupy kilkuosobowe, wędkarze rywalizują ze sobą. Ważą, mierzą, robią zdjęcia. Takie wędkowanie cieszy. Są też i tacy, którzy przyjeżdżają, aby nałowić. Wcześniej zbierają zamówienia na rybę. Oczywiście nie jest tak, że ktoś wpadnie na chwilę i zaraz złowi kilka karpi. W tej chwili jest tutaj ponad sześć ton ryby w tych dwóch zbiorniczkach, więc efekt jest murowany. Choć zdarzają się i czarne dni bez brania. Ryba ma swoje humory i nie zawsze bierze, nawet tu. W końcu jest to wędkowanie, a nie zakładanie ryb na haczyk. A z gospodarskiego punktu widzenia jest to inna forma sprzedaży ryby, finansowo wychodzi na to samo.

Dyrektor Armaciński nie boi się konkurencji. Gospodarstwo rybackie jest najlepszym zapleczem takiego łowiska, gwarantuje dostawę ryby, a doświadczenie zawodowe pracowników pozwala na opłacalną kalkulację kosztów. W trudniejszej sytuacji są małe, prywatne łowiska. Jeżeli ich właściciele chcą utrzymać atrakcyjność, muszą dokupować rybę, są też narażeni na straty. Nie mogą więc pozwolić sobie na niskie koszty. Ale nie narzekają.
Takie małe, nieźle prosperujące łowisko powstało trzy lata temu tuż pod Lublinem, w Prawiednikach. Nieduży staw, położony obok pstrągowej Bystrzycy skutecznie z nią konkuruje. Są w nim pstrągi i można, kiedy te potokowe zawiodą, odkuć się na tęczakach. A trafiają się ponad kilogramowe. Początkowo brały na wszystko, potem, skłute, zmądrzały i już nie tak łatwo dają oszukać się sztuczną przynętą. Biorą za to na... kukurydzę. Mały stawek przyciąga i muszkarzy, i spinningistów, i oczywiście gruntowców. Wszystkie metody i wszystkie przynęty są dozwolone. Wszyscy łowią zgodnie, nikt nikomu nie przeszkadza. Pierwsze trzy godziny wędkowania kosztują pięć złotych, każda następna póltora złotego, a pstrągi 14 zł za kg - tyle co w sklepie. Łowisko jest czynne od rana do wieczora, także w zimie można łowić tęczaki spod lodu. Są też karpie, szczupaki i karasie, ale nie one są główną atrakcją. Na miejscu można kupić przynęty i słodycze. Chętnych nie brakuje, zawsze obok stoi kilka samochodów, a właściciele, państwo Rogala, Wilczek i pan Gajewski, nie narzekają, choć pstrągi trzeba kupować i przywozić.
Tego problemu nie ma właściciel gospodarstwa hodowlanego w Chodlu. Tam, łowisko jest czymś dodatkowym, ośrodek nastawiony jest głownie na hodowlę. Pstrągowo-karpiowe łowisko powstało ostatnio w Niedrzwicy.
Przykładem innej organizacji jest łowisko w Pawłowie koło Rejowca. Właściciel, Marcin Klin, zagospodarował stare torfianki i wybudował na nich stawy. Ma tam karpie, duże liny, karasie i szczupaki. Nie dorybia i nie bierze opłat za złowioną rybę. Płaci się tylko za samo wędkowanie - pięć złotych od wędki za dzień. Nie jest to więc łowisko typu "put and take" i bardziej przypomina warunki naturalne.
Mam więc w czym wybierać, więcej, widzę plusy takiej organizacji wędkowania. Łowiska komercyjne odciążają naturalne wody, w naturalny sposób kierują wędkarską presję w ślad za rybą - jak w przyrodzie. I, co może ważniejsze, wychowują, przełamują zastarzałe mity o "wodzie niczyjej" i o "rybie, co rodzi się sama". Udowadniają niezbicie, że wędkarstwo wynika wprost z potrzeby zaspokojenia łowieckiej pasji, że nie wystarczy tylko podziwianie krajobrazów. I że to kosztuje.

A mnie się marzy więcej. Marzy mi się rzeka piękna i pełna pstrągów. Wykupiłbym sobie jednodniową licencję i wiedziałbym, że na wybranym odcinku nie spotkam w tym czasie nikogo. Będę sam i będą pstrągi. Z nikim nie będę się ścigał, nikt mi ich nie przepłoszy, nikt ich nie wykłusuje. I nikt mnie nie przekona, że jest to niemożliwe!
Owszem, byłoby jeszcze piękniej, gdybym nie musiał za to płacić, wypełniać żadnych kwitków ani meldować się komukolwiek. Gdybym mógł łowić do woli, obcując swobodnie z dziką przyrodą, ciesząc się tą wolnością tak, jak Nick Adams w "Rzece Dwóch Serc"... Ale to już przeszłość. Dziś wody wymagają opieki, gospodarskiego oka i troskliwej ręki. To owocuje. Łowiska specjalne są tego przykładem. Są być może zaczątkiem nowego myślenia.

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Brak komentarzy.


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Systemy CMS