Pod ochroną


Wszystkie KWI Spis Nieregularników KWI Nieregularnik nr 9

Hit  Kwintesencja ...

Autor: Andrzej Trembaczowski
Temat: Środowisko
Data:04.3.04 13:11
Ocena:7.83  (35)
Czytano:7160

W dzisiejszych czasach - czasach postepującej degradacji środowiska i panujacej głupoty ludzi mających nad Nim"władzę" - czesto pozostają nam tylko marzenia. Ten tekst to takie wymyślone opowiadanie, fragment większej całości...
Zdjęcia nie są robione w Polsce. U nas takiej rzeki nie ma.



Rzeka zwężała się i bystry nurt wypiłował tu wąwóz...
To było naprawę świetne miejsce. Rzeka zwężała się i bystry nurt wypiłował tu wąwóz głęboki na kilkadziesiąt metrów sięgając aż do litej skały. Twarde podłoże oparło się dalszej erozji i na tym kilometrowym może odcinku woda rwała głębokim jarem przelewając się z hukiem przez skalne progi. Niżej brzegi stawały się łagodniejsze, a nurt rzeki uspokajał się i rozlewał szeroko - tu jednak pędził wąskim gardłem, omijał większe bloki skalne, przeskakiwał mniejsze kamienie, pienił się kaskadami na przeszkodach. Za każdym głazem woda wyryła głęboczek. Tam, pod warkoczami piany, osłonięte przed rwącym nurtem czaiły się pstrągi
Ściany wąwozu strome i niedostępne, najeżone osuwającymi się szkieletami drzew, utrudniały dojście do rzeki, czyniły ją nieosiągalną. Nurt jednak nie płynął prosto - przerzucał się z jednej strony na drugą, uderzał w brzeg, podgryzał go, a potem nagle zmieniał kierunek na przeciwny. Tuż pod atakowanym urwiskiem woda wypłukiwała przepastne jamy, za to ze strony przeciwległej powstały płaskie plaże z kolorowych otoczaków.

Niżej brzegi stawały się łagodniejsze, a nurt rzeki uspokajał się i rozlewał szeroko...
Na taką plażę właśnie dotarli dwaj spinningiści. Złożyli na kamieniach swój ekwipunek i obserwowali wodę. Potężny szum utrudniał rozmowę, ogłuszał.
- No i co? - powiedział Steve Jason wyjmując spinning z pokrowca. - Czy nie wspaniałe miejsce?
- Piękne! - odpowiedział zachwycony Eddie Howard.
Siedząc na dużym kamieniu zakładał wodery.
- Cudowne. Dzięki, że mnie tu przyprowadziłeś.
- Niewiele jest takich miejsc - zaśmiał się Jason. - A jakie tu siedzą pstrągi!
Złożył spinning, spojrzał wzdłuż kija sprawdzając czy przelotki są w jednej linii i przymocował kołowrotek.
- Już wyobrażam je sobie! - powiedział Eddie Howard.
Wydostał z bocznej kieszonki pudełko z woblerami. Otworzył je i oglądał swoje zabawki. Starał się zgadnąć, który najbardziej będzie pasował do siły nurtu.

... omijał większe bloki skalne ...
Steve Jason przeciągnął żyłkę przez przelotki.
- Co zakładasz? - zapytał.
- Nie wiem, właśnie się zastanawiam.
- Daj tego czarnego w złote paski - doradził Steve, patrząc koledze przez ramię. - Będzie tu dobrze pasował. Dzień jasny a woda przejrzysta. Będzie w sam raz.
- Mówisz?
- Będzie dobry, zobaczysz.
- O. K., skoro tak twierdzisz. Zdam się na ciebie.
Eddie położył wobler na dłoni, zamknął pudełko i schował je do kamizelki.
- Gotowy? - spytał Steve Jason.
- Już, już go wiążę. Jak łowimy?
- Słońce świeci nam z lewej. Pod drugim brzegiem jest cień. Widzisz? Tamta bania jest ocieniona. Spróbuję się do niej dobrać. A potem będę schodził w dół. Ja zawszę wolę łowić z prądem.
- Będziemy rzucać na wodę cień. Słońce jest z lewej, ale świeci zza naszych pleców...
- Nie przejmuj się. Co ci będzie ten cień przeszkadzać?
- Mnie nie, ale pstrągom.
- To wypuścisz woblera trochę dalej. Lepsze to, niż łowić pod słońce.
- Masz rację.
- Zaczynamy. Ty stąd, a ja spróbuję wejść w nurt i sięgnąć pod tamten brzeg.
- Właź, ja w swoich butach nie dam rady.
- Mówiłem, byś zabrał śpiochy. Uparłeś się.
- Nie lubię, jak mi gorąco.
- W wodzie nie będzie gorąco. No dobra, zacznijmy wreszcie!

Tuż pod atakowanym urwiskiem woda wypłukiwała przepastne jamy...
Wszedł w wodę i posuwał się ostrożnie kierując się na środek rzeki. Nurt był silny i natychmiast wokół jego nóg utworzyły się fale. Steve wyczuł, że dno jest równe i twarde. Postąpił naprzód jeszcze kilka kroków. Nagle zanurzył się i woda sięgnęła mu wyżej bioder. Gdzieś tu zaczynała się rynna. Steve zachwiał się pod naporem wody, cofnął się więc. Dostrzegł na kilka kroków przed sobą zmianę - szmaragdowa, prześwietlona słońcem toń ściemniała się. Żółtobrązowe dno schodziło tu ostro. Dalej czerniała już głębia. Woda płynęła tam równo, bez zmarszczek, tylko pod samym brzegiem, tuż przy skale, tworzyły się małe zawirowania. Pokrywały je kłębuszki brudnobiałej, ubitej piany.
Steve podał przynętę długim płaskim rzutem, celując pod brzeg. Wobler upadł tuż przed urwistą skałą, prosto w te zawirowania, tak właśnie, jak Steve sobie życzył. Steve zamknął kabłąk kołowrotka. Nurt momentalnie napiął żyłkę. Steve odliczył dwie sekundy, pozwolił przynęcie opaść głębiej, po czym uniósł końcówkę i pokręcił kilkakrotnie korbką kołowrotka. Nawinął może metr żyłki...

...przeskakiwał mniejsze kamienie, pienił się kaskadami na przeszkodach...
Porwany nurtem wobler ożył. Steve poczuł charakterystyczne drgania. Lubił to. Wczuwając się w pracę przynęty, pozwalał spływać jej z prądem. Wobler zatoczył łuk pod urwiskiem, oderwał się od brzegu. Steve skierował go nieco w bok, prosto w strugę przyśpieszającej w tym miejscu wody. Obejrzał się przez prawe ramię na Eddiego. Dostrzegł go, jak pochylony skrada się w kierunku dużego wystającego na pół metra ponad sfalowany nurt głazu. I właśnie w tej chwili poczuł potężne szarpnięcie. Uderzenie ryby było tak silne, że omal nie wyrwało mu wędki z dłoni. Kołowrotek zaskrzeczał. Końcówka wygięła się w głęboki łuk.
- Siedzi! - krzyknął Steve.
Poczuł jak tam, w głębinie, przewaliło się wielkie cielsko. Czuł spory ciężar. Ryba zawróciła pod prąd. Szła nisko, przy samym dnie, szorując pyskiem o żwir i kamienie.
- Uuuuuu! Zapiąłem potwora! - krzyknął Steve.
Eddie nic jednak nie odpowiedział, słyszał wokół siebie tylko szum wody. Dotarł właśnie do miejsca, gdzie nurt trafiał w gardziel pomiędzy dwoma głazami. Skupiony wypuścił woblera, starając się wprowadzić go prosto w ten wlew. W tej chwili tylko to się dla niego liczyło.

Za każdym głazem woda wyryła głęboczek...
Wielki pstrąg minął Jasona, szedł jednak głęboko i Steve nie mógł go dostrzec w ciemnej toni. Pstrąg przepłynął kilkanaście metrów, dotarł do końca płani i zawrócił. Nadal szedł nisko przy samym dnie. Steve odruchowo cofnął się na płytszą wodę. Uniósł końcówkę wyżej, próbując oderwać rybę od dna. Pstrągowi niezbyt to się spodobało. Spłoszony zamłynkował gwałtownie. Szarpnął, przyginając końcówkę, aż uderzyła o wodę. Hamulec zaskrzeczał przeraźliwie. Steve poluzował go. Ryba ruszyła w dół rzeki, coraz szybciej i szybciej. Zwoje żyłki błyskawicznie znikały ze szpuli. Steve próbował powstrzymać tę ucieczkę dociskając łagodnie hamulec. Poczuł potężne szarpnięcie, a potem usłyszał trzask pękającej żyłki. Zabrzmiał mu w uszach jak wystrzał. Stracił pstrąga, choć ta przykra prawda dotarła do jego świadomości z trudem, tak, jakby go nie dotyczyła. Była zbyt bolesna.
"Pech i głupota, niepotrzebnie hamowałem" - myślał zwijając luźną żyłkę. - "Pokpiłem sprawę."

...szmaragdowa, prześwietlona słońcem toń ...
Był wściekły. Na miękkich, zwiotczałych nogach wyszedł na kamienistą plażę. Ręce mu drżały. Miał dość. Spojrzał na kolegę. Dostrzegł, jak trzydzieści metrów niżej powierzchnia wody pęka i brązowozłoty pocisk strzela w górę. Eddie miał pstrąga!
Steve Jason porzucił wędkę i rozbryzgując wodę pobiegł w dół.
- Poluzuj hamulec! Poluzuj!!!
Darł się na całe gardło, szum wody zagłuszał jednak jego słowa. Pstrąg drugi raz skoczył w powietrze. Steve widział dokładnie nakrapiane brązowe cielsko, pięknie oświetlone słońcem.
- Puść go niżej! - wołał. - Nie wciągaj go w ten przelew! Zejdź niżej i kieruj go na spokojniejszą wodę!
Eddie usłyszał wreszcie. Poluzował hamulec, obniżył końcówkę. Ryba spłynęła w dół jakieś dwadzieścia metrów. Nagle napięcie żyłki zmalało, końcówka wędki wyprostowała się.
- Uważaj! Idzie na ciebie. Zlikwiduj luz, bo się wypnie.
Eddie kiwnął głową na znak, że rozumie. Uniósł końcówkę i zaczął szybko kręcić korbką. Dostrzegł rybę. Podpłynęła pod same nogi. Dostrzegł jej wielki pysk, ciemny grzbiet i szeroki jak wachlarz ogon. Pstrąg zamaszystym młynkiem zawrócił prawie ocierając się o wodery. Eddie w ułamku sekundy zdążył zapamiętać złocisty bok ryby oraz czarne i czerwone kropki, wielkie jak cekiny. Pstrąg odbił ze trzydzieści metrów przy akompaniamencie piszczącego hamulca.
- Dobra, dalej go masz - doradzał Steve. - Cofnij się na spokojniejszą wodę.

...ze strony przeciwległej powstały płaskie plaże z kolorowych otoczaków..
Eddie zrobił kilka kroków do tyłu. Ostrożnie ominął duży głaz podnosząc wysoko końcówkę, by żyłka nie zaczepiła o ostrą krawędź. Udało się. Przełożył żyłkę ponad przeszkodą. Cofnął się jeszcze parę kroków. Stał teraz na twardym, żwirowym dnie. Tu woda sięgała mu tylko do pół łydki. Pstrąg znów zawrócił. Gdy znalazł się na długości kija, Eddie skierował go w bok, w prawo, na spokojniejszą wodę. Wyszło mu to. Ryba osłabła już nieco i pozwalała się biernie prowadzić. Eddie ruszył powoli w kierunku plaży holując za sobą pstrąga. Cały czas utrzymywał dystans. Długi kształtny cień wychynął z toni, ukazał się na jasnym, oświetlonym słońcem tle żwirowego blatu dna. Minął granicę głębokiej i płytkiej wody. Zawrócił nagłym młynkiem, aż się zakotłowało. Znowu zazgrzytał hamulec.
- Nie tak! Nie tak! Co ty robisz?! - krzyczał Steve. - Za wcześnie, jeszcze za wcześnie! Poczekaj, niech się umęczy!
Eddie nie słuchał go jednak. Chciał już mieć tego pstrąga, trzymać go, cieszyć się jego ciężarem. Docisnął hamulec i ponownie przyciągnął rybę ku sobie. Pstrąg nie oponował. Pozwolił podciągnąć się blisko, na płytką wodę, aż pod same nogi wędkarza. Był zmęczony. Oddychał szybko, gwałtownie pompując wodę skrzelami. Eddie odchylił końcówkę wędki za siebie, schylił się i rozcapierzonymi jak szpony palcami lewej ręki próbował pochwycić rybę za kark, tuż za pokrywami skrzelowymi. Gdy dotknął wody, ta zmarszczyła się i zamazała obraz. Eddie jakimś desperackim rzutem chwycił na ślepo. Poczuł jędrne sprężyste ciało ryby i zacisnął palce. Zakotłowało się. Eddie nie zwalniał chwytu. Woda zalała mu oczy - nie puszczał. Czuł w ręku szarpiącą się rybę. Próbował unieść ją, wyrwać z wody i nagle poczuł ostry, przenikliwy ból. Grot kotwiczki wbił mu się w wewnętrzną część dłoni. Eddie wrzasnął. Zachwiał się i w tym momencie pstrąg się uwolnił. Eddie klnąc głośno wyprostował się. Z lewej dłoni zwisał mu czarnozłoty wobler. Przepięknie lśnił w słońcu.

Potężny szum utrudniał rozmowę, ogłuszał...
- Ha-ha-ha-ha! - Steve Jason nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. - Ależ się urządziłeś! Łowca został złapany. Ha-ha-ha-ha!
- Dobrze ci się śmiać. Pomógłbyś lepiej.
- Jak?
- Odczep mi to świństwo!
- Świństwo? To przecież twój ulubiony wobler!
- Zrób coś, sam nie dam rady. Przytrzymaj przynajmniej wędkę.
Eddie Howard wygramolił się na kamienie. Steve przeciął żyłkę. Wydobył z kamizelki szczypce. Kotwiczka tkwiła u nasady kciuka.
- Masz szczęście, że to hak bezzadziorowy - powiedział. - No, troszkę pocierpisz.
Uchwycił szczypcami kolanko haczyka.
- Teraz!
Szarpnięty gwałtownie haczyk wyskoczył z rany. Pociekła krew. Eddie wrzasnął z bólu.
- Nie krzycz - skarcił go Jason. - Coś taki delikatny? Zaczekaj, trzeba ci to jakoś opatrzyć. Ależ się urządziłeś!. Mówiłem: za wcześnie go brałeś. Mogłeś go jeszcze umęczyć, siedział dobrze. Był twój.
Eddie zrezygnowany machnął ręką. W tej chwili nie miał na nic ochoty, a już na pewno nie na dyskusję.
- Wiesz? Ja też miałem - pocieszał go Jason. - Wziął mi z pierwszego podania. Tam, pod tym brzegiem.
- Duży był?
- Mmmmm. Ogromny! Może nawet większy, niż ten twój. Od dna go nie mogłem oderwać. Ale twój także był niezły. Jeden - jeden. Łowimy dalej?
- Może za trochę, na razie mam dosyć...
- Czekaj, muszę zrobić coś z twoją ręką.
- Po co? Już nie krwawi. To mała ranka.
- Dobra, jak chcesz.
- Obiecałeś mi niezłą zabawę, a na razie zaczęło się dość pechowo.
- A co? Nie było fajnie?! Sam sobie jesteś winien. Ale... skoro ci się tu nie podoba...


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Pozdrowionka z Piotrowic:)
Konrad Cienkiera 06.3.04 11:46
Witay Andrzeju świetny artykuł nio i oczywiście zdjęcia boskie powodzenia i do zobaczenia nad wodą:)
     To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
Andrzej Trembaczowski 08.6.06 13:30
    
- Ale... skoro ci się tu nie podoba...
Steve sięgnął do kamizelki. Wydostał niewielkie płaskie pudełeczko. Nagle zrobiło się cicho. Rzeka znikła, tak jakby znienacka wsiąkła w podłoże. Stali na mokrej betonowej posadzce w ociekających wodą butach. Cisza prawie dźwięczała im w uszach. Znajdowali się w pustym pomieszczeniu o szarych, betonowych ścianach.
- Ty, co jest? – zawołał Eddie. – Coś ty zrobił?!
- Nie podobało ci się, więc wymyślimy coś lepszego... – powiedział Jason.
Podszedł do ściany i zaczął się jej dokładnie przyglądać.
Eddiemu ta zmiana otoczenia zupełnie nie przypadła do gustu. Skrzywił się.
– Co ty tam widzisz? Tu nie ma nic do oglądania. Pomyśl lepiej, jak się stąd wydostać.
Steve Jason nie odpowiedział, nadal oglądał ścianę. Naraz rozpromienił się, jakby dostrzegł coś zachwycającego.
- No i co? – spytał Eddie. – Coś tam takiego zobaczył? Betonu nie widziałeś?
Uderzył dłonią o chropowatą szarą powierzchnię.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Okaż nieco cierpliwości. Już. Daj rękę. Idziemy.
- Gdzie? Dokąd? – zdziwił się Eddie.
Lecz zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, przeniknęli na drugą stronę...

*
Zamieściłem dalszy kawałek poprzedniego tekstu – fragmentu książki „Iks”, która wkrótce będzie wydana (o czym z przyjemnością informuję).
Andrzej


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©2004 Stowarzyszenie KWI

Klub gości na Rybim Oku


Reklamy KrokusFundusz ETF - ciekawe linkiZdjęcia rybNazwisko.plSystemy CMSPrzygotowanie druku